Maria Stelmaszewska
- Relacja Marii Stelmaszewskiej złożona z kilku osobnych wywiadów przeprowadzonych z nią.
- Wspomnienie Adama Stelmaszewskiego o swojej matce.
Relacja Marii Stelmaszewskiej
Jak brzmi Babci pełne imię i nazwisko? Czy wiesz, dlaczego takie imiona otrzymałaś?
Nazywam się Maria Teresa Stelmaszewska zd. Swiniarska. Imię Maria nadano mi, bo urodziłam się w Święto zwiastowania Najświętszej Marii Panny. Aby była moją patronką. (Jej opieki doświadczam przez całe życie). Imię Teresa, myślę, że była znaną świętą.
Kiedy i Gdzie się Babcia urodziła?
Urodziłam się 25 marca 1929, W miejscowości Piatydnie, położonej blisko Włodzimierza na Wołyniu. Do drugiej wojny światowej (1939) były to tereny polskie. Obecnie należą do Ukrainy.
Czy pamiętasz, co o tym wydarzeniu opowiadali ci rodzice?
Moje narodziny były radością dla rodziców, ponieważ syna już mieli.
Jakie wydarzenie pamiętasz z twojego dzieciństwa?
Ze wczesnego dzieciństwa nie pamiętam wydarzeń jakiś bardzo ważnych. Było to życie spokojne, ale bezpieczne.
Czy Babcia ma rodzeństwo, może mi babcia o nim opowiedzieć?
Rodzeństwo: Eugeniusz ur. 4 IX 1927 r. Ukończył studia na Politechnice Gdańskiej na wydziale chemicznym. Poświęcił się nauce, jest docentem. Krystyna Małgorzata, Ukończyła studia w Warszawie- wydział technologii W. S. G. G. W. Zdzisław ur. 13 X 1993 r. ukończył wyższą szkołę morską w Gdyni wydział mechaniczny, Był starszym Mechanikiem.
Kiedy i Gdzie urodzili się twoi rodzice?
Matka moja, Stanisława Kasprowicz urodzona 16. 11. 1897 r. w Worczynie na Wołyniu, też blisko Włodzimierza. Jej rodzice: Stanisław Kasprowicz, Mariana zd. Czadowska. Ojciec Jan, urodzony 8. 6. 1899 r. w miejscowości Grabacz koło Działdowa. Jego rodzice: Ojciec Franciszek Swiniarski, matka Marianna zd. Sikorska.
Opowiedz babciu, kim byli, i czym się zajmowali twoi rodzice.
Ojciec po wyjściu z wojska prowadził gospodarstwo rolne, (Był osadnikiem wojskowym na Wołyniu), Matka zajmowała się prowadzeniem domu.
Kto był najstarszym członkiem twojej rodziny, kiedy byłaś dzieckiem?
Stanisław Kasprowicz, ojciec mojej matki.
Czy znasz jakąś historię związaną z najsłynniejszym członkiem twojej rodziny? Jaką?
Nie było.
Czy twoja rodzina ma jakieś szczególne tradycje i święta?
Cała rodzina spotykała się na kolacji wigilijnej i śniadaniu wielkanocnym.
Czy w twojej rodzinie opowiada się z pokolenia na pokolenie jakąś historię, opowiadanie, anegdotę dotycząca członka rodziny?
Nie.
Czy wiesz, jak poznali się twoi rodzice?
Dokładnie nie wiem, Myślę, że jak ojciec na tyle urządził swoje gospodarstwo, aby można było mieć rodzinę, dowiedział się gdzie są panny na wydaniu i z bukietem w rękach udał się na konkursy.
Czy pamiętasz swoich Dziadków? Czy masz jakieś wspomnienie z nimi związane? Jakie?
Dziadków ze strony mamy nie pamiętam. Babcia zmarła jak byłam maleńka, a dziadek też na początku wojny. Ze strony ojca- Dziadek zmarł przed narodzeniem swojego syna, a mojego ojca. Z babcią widziałam się dwa razy i nie mam dobrych wspomnień. Jeżeli będzie ciebie to ciekawiło, to będę mogła Ci osobiście opowiedzieć.
Gdzie babcia chodziła do szkoły? Jaką szkołę babcia skończyła?
Na Wołyniu szkolnictwo niebyło bardzo rozwinięte, bo wszystkie szkoły były daleko. Dlatego początek nauki pobieraliśmy w domu. W sąsiedztwie żona jednego z osadników była nauczycielką i ona nas uczyła. Ja do szkoły poszłam dopiero do trzeciej klasy w 1937 r. w Uściługu.- Miasteczko kilka kilometrów od Piatydni, gdzie Gienka i mnie na stancji . Tam uczęszczałam Pierwsze półrocze, a drugie półrocze trzeciej klasy kończyłam już w Gdyni. Aby ułatwić swoim dzieciom uczenie się, rodzice na początku 1938 r. sprzedali swoją posiadłość i przenieśli się do Gdyni.
W Gdyni ukończyłam czwartą klasę. We wrześniu 1939 r. wybuchła druga wojna światowa. Nastąpiła okupacja niemiecka, Matka z czworgiem dzieci została przez Niemców wysiedlona z Gdyni. Zostaliśmy wysiedleni do powiatu siedleckiego, tam w wiejskiej szkole w Ostrówku ukończyłam szkołę podstawową Tam też na kompletach tajnego nauczania ukończyłam pierwszą klasę gimnazjum.
Po wyzwoleniu tamtych ziem z pod okupacji w Siedlcach ukończyłam drugą klasę gimnazjum. W 1945 r. po wyzwoleniu całej polski wróciliśmy do Gdyni. Żeby nadrobić opóźnienie w nauce poszłam do klasy przyśpieszonej w gimnazjum Żeńskim i w jednym roku skończyłam trzecią i czwartą klasę gimnazjum.
Do liceum poszłam już w trybie normalnym i maturę zdałam 1948 r. W tym też roku szczęśliwie zdałam egzamin wstępny do Akademii Medycznej w Gdańsku na wydział lekarsko dentystyczny. (Było wtedy 5 kandydatów na jedno miejsce). Studia ukończyłam w 1952 r.
Jaki jest twój zawód?
Jestem lekarzem dentystą, dyplom nr. 84 (14.11.1952)
Jak wyglądała podróż do Gdyni z Wołynia?
Moje dzieciństwo upływało w spokoju we wsi Piatydnie położonej na Wołyniu między Uściługiem a Włodzimierzem. Było to w początku 1938 roku jak wybraliśmy się w podróż do Gdyni. Pierwszy raz jechałam wtedy pociągiem. Poprzedniego dnia długo nie mogłam zasnąć myśląc o czekającej podróży, a gdy zasnęłam wnet trzeba było wstawać. Wsiadaliśmy w Uściługu. Był jeszcze mrok gdy wchodziliśmy na dworzec. Jeszcze dziś pamiętam nadjeżdżający od strony Włodzimierza olbrzymi parowóz ciągnący niesamowicie wielkie stalowe wagony i odczuwany wtedy lęk jakim napawał mnie czarnej dymiącej lokomotywy.
Wcześniej widywałam pociągi z odległości i wydawały mi się znacznie mniejsze. Przemogłam jednak strach i wsiadłam po wysokich stopniach do wagonu. Sama pewnie nie odważyłabym się, ale byli ze mną rodzice i trójka rodzeństwa. Lęk szybko ustąpił, a wszystko wokół wydawało się niezmiernie ciekawe. Najpierw ciekawy był sam wagon i jego wyposażenie, potem szybko zmieniające się za oknem widoki. Później także krajobraz stał się monotony, ale w pewnym momencie zauważyliśmy coraz więcej i coraz wyższych domów.
Dojeżdżaliśmy do Warszawy i natychmiast wszystko stało się znowu ciekawe. Wysiedliśmy z pociągu i udaliśmy się do dorożki. Miasto wydało mi się wielkie, szare i niesamowicie zatłoczone. Ale za to jakie ciekawe! Kiedy wieczorem wsiedliśmy do pociągu jadącego do Gdyni, byłam tak zmordowana i pełna wrażeń, że z miejsca usnęłam. Gdy się obudziłam pociąg stał na stacji w Orłowie. Nie było wiele czasu na rozmyślania, trzeba było się szybko ubierać. Po niedługim czasie stałam już na peronie w Gdyni.
Z tego co dobrze usłyszałem wybyła babcia wysiedlana. Morze Babcia o tym opowiedzieć?
30 listopada obudził nas łomot do drzwi. Dochodziła piąta. Powiedziano nam, że mamy pół godziny na opuszczenie domu.
Wiedzieliśmy o wysiedleniach już we wrześniu. Mama licząc się, że nas to też dotknie (podpisania volkslisty w ogóle nie brała pod uwagę) poczyniła przygotowania i spakowała najpotrzebniejsze rzeczy. Pytała nawet policji, kiedy będziemy wysiedleni, na co dostała odpowiedź, że pozostaniemy w Gdyni. Tak więc przygotowane tłumoczki zostały rozpakowane, a my spaliśmy spokojnie.
Teraz w pośpiechu wielu potrzebnych rzeczy nie wzięliśmy, ale niezmiernie cenne miały okazać się pierzyny, w które każde z nas zostało opatulone. Było ciemno, jak wyprowadzono nas rozespanych na plac koło ulicy Morskiej. Tam sprowadzano też innych wysiedleńców. Po pewnym czasie zaczęły podjeżdżać ciężarówki. Do jednej z nich kazano nam wsiąść i zawieziona nas na dworzec kolejowy. Tam czekał pociąg towarowy. Kazano nam wsiąść do wagonu razem z wieloma innymi osobami, można więc było tylko stać.
Na drogę dano po jednym bochenku chleba na rodzinę, po czym zamknięto i zaryglowano drzwi. Pociąg długo jeszcze stał i chyba dochodziło południe jak ruszył. Po trzech dnach stania w zaduchu drzwi wagonu wreszcie otworzono. Wysiedliśmy. Znajdowaliśmy się w miasteczku Mordy na Podlasiu. Koło dworca stały furmanki, które przyjechały po wysiedleńców. Jedna z nich zawiozła nas do wsi Głuche.
Tak rozpoczęło się nasze – matki z czworgiem dzieci, z których najstarsze miało 12 lat – trwające prawie 6 lat wysiedlenie (tata był wtedy internowany w Związku Radzieckim). Gdy latem 1945 roku wróciliśmy do Gdyni w miejscu naszego solidnego domu leżały zwały gruzu.
Jak wyglądało Babci życie w powojennej Gdyni?
Kiedy opuściłaś dom rodzinny?
Po ślubie 26.11.1952 r.
Jak poznałaś swojego męża?
Jak wyglądała Babci praca zawodowa?
Ja zaczynałam pracę o 7 rano w przychodni, wracałam o 2 jeść do domu. Pełna poczekalnia pacjentów już w domu czekała. Ja na stojąco w kuchni jadłam, gosposia podała mi posiłek. I ja szłam do pracy w gabinecie prywatnym i kończyłam pracę mniej więcej o 10 wieczorem. I szłam do łóżka, wcześnie rano wstałam, żeby zjeść śniadanie i u mnie o 7 godzinie pacjent siedział już na fotelu.
Bo nikt nie miał tylu pacjentów w przychodni, co ja. Do mnie przyjeżdżali pacjenci z zagranicy, jak tutaj mieli rodzinę, że oni wiedzieli, jak ja pracuję. Ja byłam zaorana, ale pieniądze były, dlatego, że ja tyle pracowałam.
https://orcid.org/0000-0001-8423-2033